Środa 17.04.2013r.

Na początku tygodnia dałem sobie do wiwatu…A zastanawiałem się nawet przez moment, czując w nogach weekend, czy w poniedziałek nie odpuścić sobie czasem koszykówki…Oczywiście takie myśli to tylko podpucha – miałem lenia, ale nie takiego, by dać sobie odpust…Poza tym – kosz to dla mnie nie tylko ruch, to od lat pasja, życie, walka, rywalizacja, moc i niesamowita radocha…Nie ma opcji, by to rzucić tylko dlatego, że to czy tamto mnie „strzyka” 😉 ……Wątpliwość miała jednak jakieś uzasadnienie, bo było wiadomo, że skoro przyjdę, nie będę sobie truchtał na pół gwizdka…W efekcie odezwała się pachwina i to na tyle mocno, że ostatni mecz dograłem „dla kolegów”… :ech: …Zabolało i to mocno…

Na tyle solidnie, że we wtorek odpuściłem siłownię, fundując sobie „dzień dziecka”. Miałem ułatwione zadanie, bo urodziny w domu spowodowały, że trochę wpadło obowiązków z tym związanych, no i niezręcznie byłoby na koniec wrzucić sprzęt do torby i powiedzieć „adios!”….Bezruch postanowiłem sobie odbić dzisiaj, na bieganiu z Maćkiem i – prawdopodobnie – również Anitą z Czesiem… Czytaj dalej