Czwartek 09.01.2014r.

 

W mrocznych zakątkach umysłu…

Poniedziałkowe słońce jest już jak sen. Dni poszarzały, zdominowane pracą i chwilami stalową zasłoną chmur. Ciepło. To jedno, co cieszy, choć synoptycy, najboleśniej „porobieni” przez pogodę, z kłującą ambicją, próbują się odegrać, wieszcząc zimowy armagedon od przyszłego tygodnia 😉 . No cóż, w dzisiejszych czasach „pogodynka” w tv to już gwiazda, też chce coś dramatycznego ze szklanego ekranu powiedzieć 😉 …Chwała sieci – my pozostajemy czujni i mamy „swoje” prognozy. Przyjaźniejsze. To jednak dziś jedyne pocieszenie. Ciemność i znużenie dopadają mnie wcześniej, niż astronomiczny zachód 🙂 . Jedyne światełko w tunelu to wieczorny bieg, ale póki co – po mojej późnej zajawce na fejsie – jedynie Maciek się potwierdził…Czekam na pozostałych „nocnych biegaczy” (nie mylić z NR!) z TEAM’owego składu 😉

Magda M. odpada – jeszcze nie czuje się na siłach po infekcji. Piotrek milczy, o Przemie nie wspominając. Ani słychu jednak, co najdziwniejsze,  od dwóch głównych aktorek naszych wieczornych spektakli: Agi, która wróciła z biegania na nartach po górach i naszej Magdy…. Nie wytrzymuję, smsuję. Aga będzie – ufff, to super, wniesie znów wiele uśmiechu i….zapewne opowieści wyjazdowe 😉 . Magda… – cisza trwa… Wreszcie krótka odpowiedź na godzinę przed spotkaniem, że wyzwoli się z pracy o 19:30 i postara się zdążyć…..Kolejne „ufff”.

Na finisz prac biurowych zasuwam z korespondencją na pocztę. Blisko mam. Na ruchliwej dwupasmówce, na przejściu dla pieszych, gość koło mnie – zapewne w „przypływie mocy procentów”, nagle uświadamia sobie, że ma władzę kierowania ruchem i włazi pod koła pędzącej beemki. Brawa dla kierowcy za refleks. Prawie go otarł się i zasłużenie otrąbił. Gość w odpowiedzi robił „wiatraki”. Dla pozostałych również szacun, że w porę gwałtownie wyhamowali i puścili idiotę, ale przede wszystkim, że po geście do nich wyciągniętym palcem wskazującym: „No. I tak trzymać. Pan idzie!!” nikt z nich nie ruszył i nie postanowił jednak go zabić 😉 ….

Gdy przebrany, spakowany, 15 minut przed ósmą wartko przemierzam ulice na szczęście nie spotykam na swojej drodze już podobnych „nieśmiertelnych”…Czas biegnie. Mimo płynnego przemieszczania się ubywa go ekspresowo…Gdy wtaczam się na charakterystyczne betonowe płyty przy Lotników, w ciemności dostrzegam nagle jasnego psa, a potem…zagadaną Anitę 😉 . Trąbię, gdy mijam, a potem mrugam awaryjnymi. Gdy parkuję zostają 2 minuty…Mało czasu. Szybko zabieram latarkę, zakładam bandankę i galop. Tunel. „O! Ciekawostka” – myślę, czując naprzemienne kurcze łydek (!). No tego jeszcze nie było, nie przebiegłem nawet kilkudziesięciu metrów – pewnie brak mi jakiś składników, może magnezu…Na zbiegu do rogatki powtórka. Cóż, trzeba roztruchtać to…

Zachodzę Agę z tyłu – ona już coś zawzięcie opowiada 🙂 . Cała Agnieszka…Witam się z nią, potem z Magdą – no pięknie, wcześniej do niej pisałem z propozycją, by z racji jej niedoczasu przesunąć start o kwadrans, teraz przychodzę ostatni… 😉 😉  – a na koniec z Maćkiem 🙂 .

20140109_200405

Nie spieszymy się jeszcze przez chwilę na wypadek, gdyby ktoś „wziął nas z zaskoczenia” 😉 . Dziewczyny nie chcą czekać bezczynnie, wprawiają więc ciała w ruch, bardzo przy tym komplikując mi zrobienie zdjęcia 😉

20140109_200429

Wesoło jest od pierwszych zdań 🙂 . Aga jest tak radosna i podekscytowana, że cofając się po czołówkę do auta, zamiast do swojego, dobiera się do Magdzinego 😀 😀 ….Nastrój jest wyśmienity, a jeszcze nawet nie wystartowaliśmy 🙂 … Standardowe 10 minut wybija i już wiemy, że niespodzianek nie będzie. Kierunek – Strzeszynek. W drogę.

Czołówki rozgarniają ciemności, dodają wigoru. Nie pędzimy, raczej się rozkręcamy pomału. Ja przodem z Maćkiem, za nami dziewczyny, ale w zasięgu komunikacji . Póki co z mojej strony szału nie ma – skupiam się na słuchaniu naszych uroczych koleżanek, na odbiorze pozytywnej aury Agnieszki i pilnowaniu drogi. Ciężko mi się jakoś biegnie, w duchu cieszę się, nikt nie gna – Aga ostatnio była w ruchu, biegała jednak na nartach, więc spokojnie truchta, Magdusia zaś narzeka na bóle goleniowe, nie chce się więc też przeciążać. Maciek potrafi świetnie się dopasować, więc spokojnie przesuwamy się w mroku ku nagrodzie – ciepłej herbatce 😀 . Gdy Aga mnie zagaduje, zwalniam, przenoszę się w ich pobliże i jakiś czas jestem obok piękniejszego z duetów naszego TEAMu. Na całej trasie przystaję tylko na ostatnim odcinku, bo nie mogę dać sobie rady z pełnym nosem…Czuję się jednak ogólną słabość. Szczęście w nieszczęściu nikomu dziś nie śpieszno obiegać jezioro, z ulgą więc przyjmuję kontynuowany bez słów kierunek na plażę. Mam jakieś „zakłócenia odbioru”, jakby znów błędnik otrzymywał złe informacje 😉 .Głowa szaleje. Niemal cały czas błądzę gdzieś po mrocznych zakamarkach umysłu… Wreszcie zakręt na trawiastą łąkę, ostatnie kilkaset metrów do wody…Na ciężkich nogach 🙁 …Pomost, stop na zegarku. Nie zatrzymuję się, ale maszeruję wgłąb aż do samego końca, stabilizując oddech…Cały czas w głowie kołacze niedowierzanie: „Przecie to tylko trucht? Gdzie jest MOC??”….Dociera do mnie Aga i razem wracamy do Magdy i Maćka, który już zdążył zeskoczyć na brzeg, zrzucić wierzchnie odzienie i w całkowitym mroku wejść po uda do wody 😀 😀 …. To był jeden z planów Pędziwiatra na dzisiejszy wieczór – sesja wstrząsowa 🙂 . Magda podpuszcza mnie, bym aparat skierował na naszego przyjaciela i byśmy odpalili czołówki :D…

20140109_205115

Nawet jednak mój „zoom’owany” promień latarki nie rozświetla Mistrza na tyle, by aparat go wyłowił wyraźnie z ciemnościach 😉 ….

20140109_205142

Tradycyjnie wystarczy mi kilka chwil, by wrócić do wyjściowej dyspozycji 🙂 . Chociaż coś… Od razu wraca uśmiech i siły do żartu 🙂 . Wszyscy jesteśmy w świetnym humorze. Troszkę psuje go Magdzie ból, o którym rozmawiamy, zastanawiając się jak z nim walczyć, co w tej sytuacji robić w najbliższych dniach…Przerywamy sobie, gdy przyciąganie knajpki staje się „nie do zniesienia” 😀 😀 ….

Przed tygodniem, gdy ja byłem daleko stąd, moi przyjaciele mieli do herbatki…rozweselone towarzystwo, co sprawiło, że pauza była króciutka. Liczę, że tym razem nie będzie niespodzianek i troszkę tam zabawimy…W wewnątrz jest pusto…Błyszczy choinka, a nasz stolik czeka 🙂 . Zajmujemy miejsca i od razu czujemy się, jak u siebie 🙂 . Jest jakaś magia, może w przytulności tego miejsca, może w tym ciepłym, pachnącym cytryną napoju, a na pewno w tej naszej cotygodniowej, pięcio – i pół kilometrowej, mrocznej „podróży” tu. Słucham z radością tego, o czym wszyscy mówią i ukradkiem przyglądam się każdemu z osobna – gdy biegniemy, w blasku czołówek nie widać endorfin, teraz, tutaj, aż błyszczą na twarzach 🙂 ….

20140109_210557

20140109_210615

20140109_213528

Opowiadamy Agnieszce przygody z poniedziałku, Maciek wyszukuje i puszcza w obieg filmik na swoim telefonie, ja omawiam z Magdusią plany na kolejne GP. Aga zaś….częstuje nas niespodzianką – czekoladkami 😀 .

20140109_210525

„Herbatkowanie” tak wciąga, że nikt nie chce się odważyć przerwać i zarządzić odwrotu.

Na dworze zastajemy ślady deszczu – pokropiło, ale chyba się „wykropiło”. Dziewczyny, nie chcąc marznąć, ruszają niemal od razu, ja łapie fixa i ruszam w pościg 🙂 . Początek jest fajny – odpoczynek wydaje się korzystny, siły wróciły, znów biegnie się lekko i sprężyście :). Pomaga wesoła rozmowa. Pod nogami mamy co jakiś czas błoto, ale tym razem, z premedytacją, nie chcę już go omijać, bo to i tak nie ma sensu – na poboczu jest go tyle samo, więc biegnę przez środek. I tak zawsze po powrocie spłukuję brud z butów, nie straszny mi, a wręcz – jest niezbędny 🙂 – to wo końcu „trail running”! 😀 . Pomiędzy Biskupińską a Lutycką już się „ciągnę”, znów pauzuję na oczyszczenie nosa…”Gdzie do diabła jest MOC??? Co się dziś dzieje?? Czemu snuję się, zamiast biec??” – pytania bez odpowiedzi…Na „naszej ziemi”, czyli na ostatnim odcinku, „Rusałkowym”, staram się najpierw biec z dziewczynami i rozmawiać, by czas płynął szybciej, a gdy dobiegamy już do jeziora, będąc z Maćkiem na czele, „wyłączam się” zupełnie, koncentruje tylko na światełku i na tym, by jak najszybciej „zakończyć tą nierówną walkę”…Dawno już tak nie kończyłem – błogosławiąc, że to już… 🙁 Po drugiej stronie torów okazuje się, że nie tylko mi nie chce się rozciągać – dla wszystkich, poza Maćkiem, ten dzisiejszy bieg był jak „mikro-Rzeźnik” 😀 ….

Z przyjemnością wsiadam do auta Magdy, która podwiezie nas na parking 🙂 …Wygoda, komfort, jaki odczuwam i „chillout”, który płynie z radia…rozbrajają mnie „D …Patrzę na Magdę, jak z uwagą prowadzi – skoncentrowana na wyboistej drodze – i czerpię niewymowną przyjemność z chwili…Rozmawiamy we troje o książkach „biegowych”, o tabelach Danielsa i McMillana, o programowaniu treningu…a ja sobie po prostu patrzę – podziwiam i odpoczywam…Jest mi cudownie dobrze…Przez moment, który staram się wydłużać ile się da, jestem jakby poza rzeczywistością, w „swoim sekretnym ogrodzie”…. 😀

Kiwamy Magdusi na „do widzenia”…Gdy odjeżdża, mnie nosi – robię podskoki, skipy 🙂 …To chyba nie z potrzeby, ale dając upust świetnemu nastrojowi….Mimo, że sam trening był dziś nieustająca walką, kończę dzień wybornie :)….

Garmin też się męczył….

Wrażenia…

Wydolnościowo było kiepsko…Po raz kolejny mam przyjemność doświadczyć, ile znaczy ZESPÓŁ, ile mocy i energii jest we wspólnym pokonywaniu trudności! Gdybym miał biegać dziś sam, pewnie zawróciłbym z trasy, a tak – pobiegłem, wróciłem, a na sam koniec roznosiło mnie poczucie szczęścia 😀 . Wiem – endorfiny…ale dla mnie o wiele większą siłę mają moi przyjaciele, ich obecność, uśmiech i ta niesamowita wibracja w powietrzu, gdy są tuż tuż…Skąd jestem tego taki pewien? – bo możemy nawet nie biec, a moja dusza i tak śpiewa 🙂 …Wyśmienite uczucie….. 🙂

Za dwa dni biegamy na tyłach Malty. Na kolejną zabawę biegową zaprasza Yacool….Tym razem będą „krew, pot i łzy” ….Będzie boleć….. 😉