Sobota 25.01.2014r.

 

Waleczni…

Niektórzy z niedowierzaniem podpytywali Yacoola, czy w obecnych okolicznościach przyrody tradycyjna sobotnia „tyrka” dojdzie do skutku. Jacek krótko odparł: „Tak”. Rozwiało to wszelkie wątpliwości i zapowiedziało „ostrą jazdę” 😉 . Dotychczas tylko tempo i rozłożenie sił miało znaczenie, teraz dojdą również czynniki zewnętrzne: mróz i lód 😀 . Do odważnych świat należy! W końcu – raz się żyje, a BBL to nie przedszkole 😀 😀 . Czas na test – odporności i samozaparcia 🙂 . To mi się podoba 😉 .

Poranek jest dla mnie….gwałtowny 🙁 . Nie wiem dlaczego, ale mój komórkowy budzik dziś wydał dźwięk tylko raz, a potem usnął…Wraz ze mną…Pojęcia nie mam, co nacisnąłem, ale półprzytomny chciałem go tylko jak zwykle odroczyć o 10 minut…a uciszyłem go na dobre. Jakimś cudem, we śnie, coś szepnęło: „Wstawaj! Już czas!”…Niemal usiadłem na łóżku…8:10…Boże! 50 minut do spotkania z Maćkiem i do wyjazdu….Pędzę do kuchni i łazienki, ale wciąż pracuję „na jednym cylindrze” 😉 …Czas się kurczy. Niespodziewanie odzywa się w tych mało korzystnych okolicznościach Magda B. – pechowo, bo nie mam czasu, by pisać, czy rozmawiać… Chce się z nami zabrać. Umawiam się w locie o 9:10 na krzyżówce kilkadziesiąt metrów ode mnie. Tak, 9:10, te 10 minut dodaję asekuracyjnie, by się wyrobić…Uprzedzam też o zmianie Maćka.

Równo o umówionej porze grzeję auto już na podwórku i wypatruję przyjaciół. Powietrze jest ostre jak brzytwa, wyświetlacz w samochodzie nie kryje brutalnej prawdy… 😉

20140125_091349

Nikogo nie ma…Wreszcie wpada Pędziwiatr. Dzwonię do Magdy B. – okazuje się, że pomyliła krzyżówki i czeka na dalszej. Ruszam i podejmuję ją niemal w biegu 😀 . Od początku jest więc wesoło. Na Browarnej jesteśmy niemal na punkt. Termometr w aucie rozbawia…-11,5stp. (!) . Grupa już się kompletuje. Z różnych stron dobijają do nas kolejni „waleczni” 😀 .

20140125_093904

Ruszamy do rozgrzewki na kawałku przestrzeni przyległej do parkingu. Tradycyjne wymachy, praca ramion i samych barków, potem skipy w różnym rytmie. Próbuję coś tam objaśniać Magdzie B., ale niespodziewanie lewe kolano zgłasza protest. Ukłucie pod rzepką gasi zapał, więc odpuszczam pozostałe ćwiczenia, próbując lepiej rozgrzać stawy. Core stability przerabiamy zwyczajowo w oparciu o niski płotek okalający parking. Dziś rozgrzewka jest konkretniejsza, w tempie i krótsza. Nikt nie zamierza obcować w bezruchu z mrozem…

Jest z nami dziś dwóch „nowych”. Yacool przydziela ich do grup, a dziś wystartują ich trzy. Wyższy z chłopaków, „mocniejszy”, trafia do środkowej, a ten, który biega od kilku miesięcy, drobniejszej postury, pobiegnie ze mną, w trzeciej – tu nie ma tu tłoków, będziemy we dwóch 🙂 . Mam ustawiony trening w zegarku, przy skromnej obsadzie przynajmniej, jako kapitan, nie zedrę głosu 😉 😉 ….

20140125_095855

„Szybcy” i „Prawie-szybcy” odpalają…po nich my.

Udzielam kilku wskazówek koledze, który pierwszy raz uczestniczy w naszej zabawie biegowej…O sygnałach, o czasie trwania, o ewentualnym zawracaniu, gdy wybiegnie za bardzo do przodu…takie tam, organizacyjne kwestie…Dziś przed nami częste zmiany tempa, a ilość powtórzeń powala 😉 : 45x (20″/20″) + 9 x (20″/10″)…Dla mojej psychiki ta perspektywa jest męcząca, wolę dłuższe sekwencje z mniejszą ilością powtórzeń. No ale cóż zrobić..”trener kazali, trza biegać” 😀 😀 😀 …

Ruszamy truchtem, na rozkręcenie…Po kilkudziesięciu metrach daję pierwszy sygnał..Tempo interwału dziś nie porwie – na przykrytym delikatną warstwą śniegu, lodzie trzeba być czujnym. Póki co moje buty trzymają się bardzo dobrze, uważać muszę tylko w zakrętach i na zbiegach. Pierwsze bloki szybko-wolno mijają sprawnie…Kolega, lekki, drobny w konstrukcji, tak, jak się spodziewałem, w truchcie nieco „wyrywa” do przodu, ale nie ucieka 🙂 . O dziwo, grupa „prawie-zajebista” jest niewiele przed nami i dystans do nich nie rośnie. To budujące, bo oznacza, że tempa mamy zbliżone….Jedno daje mi się dziś wyjątkowo we znaki – mimo podwójnej osłony dłoni, palce marzną do bólu… W połowie pierwszej pętli liczę jeszcze, że się rozgrzeją, ale jest dokładnie odwrotnie…Cały czas próbuję zaciskać pięści i rozluźniać, by dopompować krew, wszystko jednak na nic. Odrętwienie i ból się potęgują do tego stopnia, że gdy zbliżamy się do Yacoola, polecam koledze przyspieszyć i dołączyć do „średniaków”, póki wciąż są blisko….Sam mam zamiar przerwać trening w obawie o palce. Przystaje przy Jacku, ale ten oferuje mi swoje rękawiczki polarowe 😀 . Dobrze, spróbuję. Ruszam dalej już całkiem samotnie, nie przestając zaciskać rytmicznie dłoni….Zły jestem, bo ta nieprzewidziana komplikacja psuje mi przyjemność z treningu…Mijam Maćka, który odpuścił bieg, by nie potęgować bólu w nodze…W locie krzyczę do niego, że jeśli mi się ręce nie rozgrzeją, zaraz dołączę do niego 😉 . Tymczasem po kilkuset metrach następuje przełom…Bardzo pomału ból lżeje i ustępuje…Ufff, wreszcie mogę zająć się biegiem. Zachowuję czujność, bo wraz z narastającym zmęczeniem stopy będą podatniejsze na poślizgi…Walczę dla odmiany z buff’em na twarzy. Chustka jest nieodzowna, idealnie chroni twarz, ale oddychaniu nie sprzyja. Robię drugą pętlę…Mam wrażenie, że sporo już przebiegłem, ale rzut oka na wyświetlacz rozbraja….Ponieważ Garmin Connect nie pozwala wprowadzić większej liczby powtórzeń w jednej serii niż 40, podzieliłem zasadniczą część niemal po połowie: 22x i 23x. Z tego, co widzę nie ukończyłem jeszcze pierwszej części…Wiedziałem, że psycha nie będzie mi sprzymierzeńcem, teraz muszę po prostu się wyluzować i polegać jedynie na „pikaniu” i wibracji zegarka, bez kontroli, który to interwał. Tak na marginesie – alert wibracyjny w 610tce to świetny patent! – pozwala skupić się wyłącznie na ćwiczeniu 😉 . Chciałbym wydłużyć krok, może przyspieszyć, ale w tych warunkach to ryzykowne…Moje tempa nie są najgorsze – pomijając śliskie odcinki podbiegowo-zbiegowe, gdzie na liczniku jest 5:00-5:25, na „płaskim” sięgam i 4:30…Nie jest źle. Wreszcie docieram do „suplementu”, czyli 9ciu powtórzeń, gdzie 10″ nie daje żadnego odpoczynku….Jestem na końcówce zbiegu…Od pilnowania stabilności czuję mocno przyczepy „czwórek” w okolicy bioder, staram się więc rozluźnić mimo wszystko….Trochę jednak za bardzo – chwila nieuwagi i prawa stopa ucieka do środka…gdy próbuję ją postawić, łapiąc równowagę, w ułamku sekundy zahaczam o lewą…Zostaje tylko wyciągnąć dłonie przed siebie i jakoś zamortyzować upadek 😉 …Przy okazji uderzam, prawym kolanem o lód….Zbieram się jednak jak sprinter, wychodzący z bloków i nie przerywam biegu…Nie wiem, ile mam jeszcze powtórzeń szybko-wolno, ale łatwiej się zorientować teraz, bo „pikanie” na przejście z biegu do truchtu, a potem powrót do biegu, w trakcie 10ciu sekund zlewają się w jeden ciąg 😀 . Został mi jeszcze zasadniczy podbieg, na którym mocno zwalniam, a nogi chwilami tańcują w miejscu, a potem już prosta wzdłuż Browarnej…Na szczycie górki Garmin mówi już jednak: KONIEC….Nie wyhamowuję z truchtu, drepczę dalej rytmicznie w kierunku, gdzie stał Jacek. Teraz widzę tam z daleka tylko Maćka 🙂 ..Mam sił sporo, mógłbym zrobić jeszcze jeden szybki interwał, ale…jak mawiają „nadgorliwość gorsza jest od faszyzmu” 🙂 . Zwłaszcza na lodzie. Spokojnie wracam…

Dobija do nas Magda B. i jej ekipa. Nawet nie wiedziałem, że mocno się zaszroniłem 😀 …

20140125_103922

Nasza koleżanka, jako osoba współpracująca ze sklepem biegowym, prosi mnie o małą „sesję reklamową” 😉 .

20140125_103951

20140125_104000

Jestem rozgrzany, ale chłód zaczyna dobierać się do mnie. Nie ciągnie mnie dziś na „dogrywkę” w stronę Malty, największe przyciąganie czuję…w stronę cieplutkiego prysznica 🙂 . Oddaję z wdzięcznością Jackowi rękawiczki – nie nogom, nie ciału, ani psychice zawdzięczam ukończenie dzisiejszej zabawy, ale właśnie IM! 😀 😀 . Muszę szybko wykombinować jakieś zabezpieczenie dla dłoni, bo jeśli mróz nie odpuści, problem powróci na kolejnym treningu. Póki co wykorzystam polary, które używam do latania, a ostatnio na co dzień – mają windstoppera, będą się nadawać, ale to chwilowe rozwiązanie.

Węrujemy na kilka słów podsumowania na parking. Magda B., która ma niedosyt, urywa się jeszcze na rundkę wokół stawku, wraca, gdy zbieramy się do powrotu. Maciek dziś odpuścił sobie bieganie już na początku, jest tym nieco zgaszony, ale….czasem rozsądek musi wygrać. Ja zastanawiam się nad jutrzejszym truchtaniem, a na pewno mocno nad poniedziałkową koszykówką – jeśli kolano będzie nadal miało swoje zdanie, jutro będzie „lajcik”, a ze skakania na koszu zrezygnuję 😉 . Nie ma ciśnień.

Wracamy we troje…

20140125_105351

Maciek, niepocieszony, opatulił się kocem na siedzeniu 😉 …

20140125_105401

Podpuszczam go, że prezentuje się teraz jak „babcia Władzia” 😀 …kwituje to uśmiechem, ale raczej gorzko-słodkim 😉 ….Dostarczam najpierw Magdę B. do domu, a potem Pędziwiatra. Mróz sprawił, że całkiem miłym jawi mi się widok mojego własnego podwórka 😉 …Prysznic już TUŻ…TUŻ!!.. 😀 😀

Garmin opowie, jak było….

Moje wrażenia….

Kolejny świetny trening. Warunki troszkę wypaczyły jego kształt – wiele energii zabrało uważanie, by sobie nie zrobić krzywdy, ale musze od razu zaznaczyć, że rankiem myślałem, że będzie o wiele gorzej. Minus kilkanaście stopni to kiepskie okoliczności do przedmuchiwania płuc..mięśnie też wolniej się dogrzewają, udało się jednak pięknie wykonać to, co było zalecane. Niespodziewanie „wyłamały się ze współpracy” moje rękawiczki – trzeba pilnie zaopatrzyć się w coś, co zapobiegnie podobnym kłopotom. Reszta ubioru – dobrana właściwie. Już w trakcie powrotu, w ciepłym aucie, żałowałem troszkę mizernego kilometrażu i tak szybkiego wycofania się z „dokrętki”, ale naczelna zasada mówi: „nic na siłę” 😀 ….W końcu…

…jutro tez jest dzień. Ba! W dodatku BIEGOWY! 😀

Mam nadzieję, że kolano okaże łaskawość 😉

6 myśli nt. „Sobota 25.01.2014r.

  1. Ponieważ Garmin Connect nie pozwala wprowadzić większej liczby powtórzeń w jednej serii niż 40, podzieliłem zasadniczą część niemal po połowie: 22x i 23x.
    Jest na to prosta rada – przynajmniej w 310XT, mniemam, że w 610 jest tak samo. Przesyłasz trening z pentelką x40 i już w samym zegarku edytujesz trening i zwiększasz pętlę x40 do x45 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *