Niedziela 12.10.2014r.

 

Z piekła do nieba…R4M, czyli 15.Poznań Maraton.

Jedna z moich koleżanek z lat szkolnych, komentując mój kiepski nastrój, zaproponowała z dobrą, intuicyjną intencją…”przerwę”…To nie dotyczyło stricte biegania, ale miało szerszy kontekst…Nie zastanawiałem się długo, co jej odpisać…..samo ze mnie wypłynęło……

„Prawdziwe życie rozgrywa się nie na ‚białej pustyni’, gdzie hula mroźny wiatr rozsądku , ale pod palmami, na ciepłym, wygrzanym piasku emocji….”

Bo taki jestem…Jak mnie coś w życiu porywa, to całego mnie…bez kalkulacji…bez chłodnej oceny, czekania, zadumy….Życie nam ucieka, to jedyna pewna rzecz…Życie trzeba przeżywać, a nie tylko przez nie iść…Życie to nie proces fizjologiczny, to materia w nas…Piękna, porywająca, ekscytująca, ale też dramatyczna, niepozbawiona łez…Staram się nie siedzieć w zakamarkach własnej duszy, ale to, co wartościowe dawać innym…Serce…Wtedy dopiero to życie ma sens…Będąc „dla”…Nagrodą jest radość w oczach innych….i ogromna satysfakcja….

Ten rok, który miął od poprzedniego października…był wyjątkowy…Splótł moje losy z losami innych osób na zimowych ścieżkach pomiędzy Rusałką a Strzeszynkiem, na wygrzanych asfaltach Kołaczkowa, piaskach Chrzypska, ulicach Suchego Lasu…w parnym lesie Wielkopolskiego Parku Narodowego…Wniósł tak wiele emocji…tych z końcowych metrów wielu zawodów i tych z leniwych rzek naszego przecudnego, team’owego kajakowania….Ale ten rok był dla mnie też rokiem czekania…Na tą niedzielę…Na ten bieg….Rok temu razem z Agnieszką biegłem obok debiutującej w Maratonie, Magdy, towarzysząc jej i wspierając na ostatnich 10ciu kilometrach Królewskiego Dystansu, w drodze do jej chwały…By to mój pierwszy w życiu support….Gdy wbiegła na ostatnią prostą, pełna szczęścia i emocji, a my – oddając cześć jej wysiłkowi – przeszliśmy na stronę publiczności i tam równolegle z nią biegliśmy….gdy przekraczała ostatnią linię pomiaru czasu….popłynęły mi łzy 🙂 ….Mojego szczęścia…Żyłem jej sukcesem, wiedząc, jak ważny jest dla niej….Byłem zaledwie wsparciem – to był JEJ wysiłek, JEJ bieg, JEJ chwała i ważny dzień w życiu jako biegacza…ale….ja byłem z niej strasznie dumny i razem z nią szczęśliwy, mogąc malutką cegiełkę do jej radości dołożyć….

Wtedy biegałem wolno…Dychę przebiegałem w około godzinę…Miałem ze 103kg i nawet ta dycha była dla mnie wyzwaniem, by utrzymać tempo i nie być dla niej hamulcem…Udało się…Pamiętam, jak patrzyłem potem na przecudne, rozpromienione zdjęcie naszej trójki, po odebraniu medalu…jak znów wracało wzruszenie, wilgotniały oczy…i jak obiecałem sobie: jeśli tylko będzie mi dane, za rok o tej porze, pobiegnę znów…. 🙂 . Ale wiedziałem, że to nie będzie już w tempie 6:00…Wiedziałem, że Magda, która ma wszystkie atuty i wielkie zadatki, by biegać szybko i daleko…zrobi progres i tym razem pobiegnie po to, by znacząco poprawić czas, który o kilka minut przekroczył wówczas 4 godziny…Wiedziałem, że muszę być przygotowany do tego, by pobiec szybciej, muszę być lżejszy i bardziej wybiegany, by utrzymać się u jej boku……Bo miałem Wielkie Marzenie: znów wbiec z nią na metę, pomóc jej zrobić życiówkę i podzielić radość…..

Udało się…Mój cichy plan się powiódł….Dziś ważę 92kg…mam za sobą kolejny rok biegania…Czuję, że dam radę…a jeśli nie, to będę i tak szczęśliwy, bo to będzie oznaczało, że Magda jest jeszcze lepsza, niż zakładałem 🙂 …..Zawsze w nią wierzyłem mocno, chwilami mocniej niż w siebie…Jest prawdziwą Królową naszego biegania….naszym team’owym diamentem 🙂 ….

Jedyny lęk, jaki miałem, brał się z piątkowej próby….Ostatni czas bardzo mocno zakłócił tą lawinę emocji jaka wzbierała na myśl o dzisiejszym biegu…Trochę porównałbym to wyścigowego konia, który krótko przed najważniejszą imprezą roku łapie kontuzję….Odczułem to wieczorem dwa dni temu….Zamiast tej przepięknej fali oczekiwania na „ten dzień”, moją duszę wypełnił smutek…Ciężkie dni się odcisnęły…Czułem go nawet wczoraj, gdy całą ekipą stawiliśmy się na targach przedmaratońskich i wykładzie Jurka Skarżyńskiego….Zachwyt i radość, splecione z przygnębieniem….Tak bywa….Ale na dziś liczył się tylko bieg, tylko jej zwycięstwo nad słabościami, dziś chcę przeżywać jedynie radość wsparcia i błysk szczęścia w jej oczach. Dla nich biegnę. Reszta nie ma znaczenia….

Plan jest taki. Maraton rusza o 9tej. W tym roku, jak w poprzednich, przebiega…przed moim domem 😉 . Tym razem na pierwszym odcinku „zalicza” cross przez płytę Stadionu Miejskiego, co wydłuża trasę „do mnie” z 6ciu do 10ciu kilometrów…Tu, na krzyżówce z pierwszą przecznicą za moim domostwem, będę po raz pierwszy wypatrywał Magdy. Będę z nią do 14go kilometra, do nawrotki na Drodze Dębińskiej. Chciałbym jeszcze dalej, ale to tylko przygrywka, wstęp do właściwego supportu. Taki jest też wymóg założonej logistyki – chcę podejść na Królowej Jadwigi, tam skorzystać z jedynej opcji bezpośredniej „teleportacji” w stronę Antoninka. Z pętli na Miłostowie dotrę do drewnianej knajpki, Młyńskie Koło, na 31y kilometr i tam będę czekał na „podpięcie nr 2” . Stamtąd już pobiegnę ostatnią „dychę z hakiem” z naszą fighterką do  mety – tak, jak to sobie wyczekałem i zamarzyłem 🙂 . Tam przydam się najbardziej.

Poranek. Wcześniejsze wstawanie. Lekkie śniadanie. Wczoraj byłem liberalny nawet dla słodyczy, dziś rano nie ryzykuję płatków z jogurtem, jest chałka, też na słodko…Kawa…Prysznic, ciuchy….Mam komfort – maraton sam do mnie przybiegnie 😀  😀 . Mimo to, czuję stres…denerwuję się…czy wszystko uda się zrobić tak, jak założyłem…O dziwo, nie martwię się o bieg, o moją formę, wierzę w siebie, ale o…drobiazgi logistyczne…To duża impreza, spora rzesz ludzi…jeśli nie wypatrzę Magdy, nie mam szans już jej odnaleźć…Nie wiem, czy będzie zdyscyplinowana i utrzyma tempo wg założeń, nie mogę więc do końca być pewnym, o jakiej godzinie nadbiegnie. Wg mapki na stronie maratonu, celując w 3h45-50′ powinna pojawić się u mnie o 9:52-53 i tak się nastawiam. Kilkadzieścia minut wspólnego biegu, transfer i kolejne włączenie się o ok. 11:45….Denerwuję się, jakbym to ja sam walczył o życiówkę, ale ponieważ jestem częścią operacji, którą nazwałem R4M, czyli RunForMagda, czuję się też…częścią tej życiówki…czyli walki o jej sukces 🙂 ….To bardzo miłe i ekscytujące uczucie….

Plecak. Wewnątrz bukłak z izotonikiem – niebieskim Powerrade’em, takim, jaki preferuje Magda. W bocznych kieszonkach, pod ręką, przekazane wczoraj na wykładzie tabsy z szybko przyswajalnym cukrem, telefon jako kontakt i aparat fotograficzny. Obowiązkowo niebieski, drużynowy strój, koszulka z napisem „RRTeam”. Bez okularów – dziś pochmurno, będą zbędne. Na nogach żółto-czerwono-czarne Reeboki. Wychodzę. Zaglądam jeszcze do biura – wczoraj kupiłem mały bukiecik z „tradycyjnych” goździków, taki „kieszonkowy” 🙂 , na chwile tuż po… Pakuję go ostrożnie do plecaka. I jeszcze mały drobiazg…choć nie wiem, czy będzie okazja, by go dać, czy okoliczności pozwolą na małą, spontaniczną celebrę…Mam wszystko. Wychodzę przed dom, tak kilka osób znajomych. Rozmowa. Ulica pusta, na końcu widzę policyjne zabezpieczenie trasy…O 9:30 wytacza się daleko zza zakrętu pierwszy radiowóz „na kogutach”…za nim biegnie grupa Kenijczyków i jeden „biały”…Gdy przebiegają koło mnie, mam wrażenie, że to bieg na 800 metrów, a nie na 42km… 😉 .

20141012_093136

Minuty mijają, przemieszczam się w boczną ulicę, zaczynam rozgrzewkę…Czuję cudowne podniecenie, ale stres też się nasila….Ćwiczenia w truchcie, co chwila kontrola zegarka…Ok 9:43, wracam na trasę…boję się przegapić….byłaby to dla mnie porażka…Macham i krzyczę do „Czapiego” – Pawła Czapiewskiego, rekordzisty i halowego mistrza Europy na 800 metrów z 2002r., który niedawno zajrzał nad Rusałkę na trening i z którym była okazja zrobić sobie kilka pamiątkowych fotek. Uśmiecha się w moją stronę, chyba mnie rozpoznaje 😀 . Miłe 🙂 …Ja wciąż czekam…Przy drugim krawężniku przebiega zamyślona Magda B. – dla niej też mam małą butelkę na 31y kilometr…Ktoś przybija piątkę – to mój kolega z boiska do kosza, Artur. Jest też Pędziwiatr, cały w euforii 🙂 ….Ja wciąż czekam…O 9:53 zaczynam się poważnie niepokoić…Dostaję oczopląsu od przebiegających obok grupek, drążę wzrokiem, szukam…Prosiłem, gdy się umawialiśmy, by trzymała się prawej strony, przy chodniku, ale czy w takim tłumie da radę? Czy w emocjach będzie pamiętać? Jest jeszcze jedna ważna rzecz – wczoraj dowiedziałem się, że wspierał ją będzie najprawdopodobniej od startu inny nasz kolega, wysoki, stawiający siedmiomilowe kroki, tym samym szybszy, Darek…Obawiam się o jego asystę, bo ostatnia – podczas wiosennego półmaratonu, była tak podkręcona w tempie, że skończyła się o mało co zejściem z trasy 🙁 …Teraz zastanawiam się, czy Magda znów się nie podda jego „popędzaniu” i nie złamie dyscypliny, którą sobie założyła…Mija długa minuta…i kolejna…Zaczynam poważnie się bać, że przemknęła niezauważona…Serce tłucze mocno….Przebiegają koło mnie pacemakerzy z balonikami na 3:45…UFFF!! To oznacza, że musi być za nimi, że maraton chyba ruszył z poślizgiem…Uspokajam się i podwajam czujność…Znów minuta i nic…Wreszcie….JEST!!! Na szczęście tu grupa jest rzadsza, udaje mi się zrobić jeszcze zdjęcie 🙂 …

20141012_095750

Dobiega…Ruszam….Zaczyna się….

Od razu zadaję pytanie o tempo i samopoczucie. Jest SUPER! Tempo idealne, 5:20, na początku było nawet 5:30. Forma – rewelacja 🙂 . Uśmiech, świetna zabawa..ale jest też niepojące info…Zakupiony wczoraj „shot” z magnezem wywołał kłopoty jelitowe jeszcze w domu i na starcie… 🙁 🙁 …Nie ma sensu moja dezaprobata, jest już po fakcie…Póki co jest pod tym względem nieźle, ale Magda prosi, bym – jeśli będzie jakaś możliwość, w przerwie między etapami, zorganizował lek…Profilaktycznie…Ok, spróbuję, na razie koncentrujemy się na pierwszym wspólnym kilometrze…Magda przedstawia mi chłopaka, który biegnie po jej lewej ręce – Maćka – towarzyszył jej od startu…Nie widzę za to Darka. Okazuje się, że nie biegnie całego dystansu, dołączy dopiero około 20go kilometra. W sumie to lepiej, bo łatwiej będzie utrzymać założenia, choć gdy ja się odłączę, Magda pobiegnie dalej z przypadkowo zapoznanym biegaczem i nie wiem, czy utrzyma przyjęte założenia….

Pod wiaduktem Krauthofera nie powstrzymujemy chęci pokrzyczenia sobie w świetnej akustyce – jak przed rokiem 😀 …Mały podbieg, do Mc’Donalds’a i znów w dół pod wiadukt nad Dolną WIldą. Tu rok temu schodziłem na bok, tym razem biegnę dalej, gdy kolorowy peleton skręca w lewo w stronę miasta…Czuję się cudownie…Spełnia się moje marzenie, czuję moc i przede wszystkim cieszę się, że udaje się pięknie realizować plan…Magda jest obok mnie, rozmawiamy, zerkam na nią co chwila, kontrolując jak się czuje i podając butelkę z izotonikiem, którą od niej zabrałem na wstępie 🙂 . Zakręt w prawo w stronę Drogi Dębińskiej. Mija nas dwóch chłopaków, żartobliwie zaczepiając i komplementując Magdę. Odpowiadam również żartem. Zabawa trwa 🙂 , choć ja jestem bardzo skoncentrowany nad każdym metrem drogi…Staram się też łapać cenne chwile, które będę wspominał przez kolejny rok…Zbliżamy się do nawrotki…Gdzieś tu mieli stać rodzice Magdy, to też finał części 1ej mojej pomocy…W butelce jest jeszcze trochę niebieskiego płynu, Magda decyduje się go zabrać…raz jeszcze proszę ją serdecznie, by za szybko nie przyspieszała, póki co jest idealnie 🙂 . Żal straszny mi ją „porzucić” 🙁 , ale wiem, że muszę..inaczej nie zdążę się przetransferować do Antoninka….Odpinam się….

Zostawiając za plecami wesoły korowód, idę w stronę przystanku na Królowej Jadwigi…Najpierw słitfocia na fejsa, na endorfinach, z realizacji misji…

20141012_102307

a potem zaraz pilna myśl: gdzie ja tu, do licha, znajdę aptekę, która pracuje w niedzielę????….Wykonuję szybki telefon z prośbą o podpowiedź..Zaczepiony policjant nie ma orientacji…Za chwilę komórka dzwoni, już wiem: Strzelecka!! . Niby stoję u wrót, ale chodzi…o jej drugi koniec 🙁 …O 10:46 mam tramwaj, jedyny, 6tkę…Mam kilkanaście minut…Zdążę?? Nie wiem…Musze spróbować…Biegnę….Droga zdaje się dłużyć..Wreszcie wpadam do apteki i proszę o wskazany lek – otrzymuję odpowiednik, ale bez recepty…Nie mam czasu biadolić, biorę i natychmiast ruszam z powrotem…Biegnę na przełaj przez jezdnię, zatrzymuję auta, dziękując za uprzejmość…”Byleby tylko się nie spóźnić, bo zawali się plan…” myślę, modląc się w duchu o przychylność niebios……

Na przystanku kilka osób. Jest bodaj minuta po czasie…Pytam przypadkową kobietę, czy jechała 6tka…Myśli i…potwierdza…. 🙁 🙁 No to cały misterny plan w…znaczy wali się!!! Następna jest po 11tej a to oznacza, że z Miłostowa pobiegnę ok 2km do Młyńskiego Koła wcale nie truchtem, ale pędem…i znów ryzykuję, że mogę Magdę przegapić….Jestem załamany 🙁 🙁 …Patrzę w dal…Majaczy jakiś tramwaj…jest coraz bliżej…pojedynczy numer…”6″!!!!….CUD JAKIŚ!!! No ale dziś maraton zaburza cały grafik komunikacji 🙂 . Ogromna radość – wyciągam aparat i robię zdjęcie, motorniczy krzywo spogląda 😉

20141012_104417

….Wskakuję…oddycham z ulgą, wreszcie mogę wyluzować nieco…20 minut oddechu…..

W drodze, wzdłuż Warszawskiej widzę biegnących już w przeciwną stronę na czas ~3 godzin…i myślę….za godzinę ja tędy pobiegnę 😉 . Pętla Miłostowo. Byłem tu chyba ostatni raz w dzieciństwie…W głowie mam mapkę z endo, kiedy liczyłem odległości, potruchtam na pamięć…Najpierw Snickers. Wydobyty z głębi plecaka smakuje wybornie – od długiego czasu już ograniczam kontakt ze słodyczami, wczoraj i dziś sobie nie odmawiam…Ruszam, po kilkuset metrach skręcam w ulicę Wandy…biegnie w dół, a ja z nią 😉 …Kontrolnie zatrzymuję się na zakręcie i sięgam po komórkę z mapami – jednak powinienem prosto, po piachu mało widocznym skrótem do Ziemowita. Potem wystarczy się trzymać asfaltu i wydostanę się wprost naprzeciwko Młyńskiego Koła, na 31ym kilometrze. Wolniutko „truchcę” sobie, mam komfortowe prawie 40 minut przed sobą, nigdzie mi nie jest śpieszno 🙂 . Szybciej niż myślałem docieram do kolorowego korowodu, który „porzuciłem” na Drodze Dębińskiej 😉 . Przeskakuję na drugą stronę. Osiągnąłem cel nr 2. – tu włączę w wir wydarzeń po raz drugi, decydujący i zasadniczy.

20141012_113301

Spokojnie wędruję w lasek „na stronę”, potem wracam na chodnik i zatoczkę z kostki przy knajpce…Aby nie marznąć skipuję i truchtam na kilkudziesięciometrowym odcinku. Szukam znajomych twarzy wśród zmęczonych, ale wciąż dziarskich uczestników. Zupełnie niespodziewanie przebiega wciąż w euforii Maciek Pędziwiatr – wygląda świetnie, a w dodatku szokuje czasem – jest przed balonikami na 3:15…. 😮 Gdzieś rejestruję Olę, koleżankę Magdy z pracy, nadbiega też nasz trener z czasów zBN i czołowy ultras, Piotrek Karolczak, zwany Kulawym. Jak zwykle zaskakuje strojem – czapką, koszulką w kratę, dżinsami i …tym razem kaloszami na nogach 😉 …Widzi mnie i już z daleka woła: „tym razem przesadziłem z tym, że we w każdych butach można pobiec maraton!” 😉 . Nawiązuje do udanej próby pokonania dystansu w klapkach 😉 ….Chwilę mu towarzyszę, potem wracam do mojego punktu obserwacyjnego. Cel najbliższy – Magda B. i dostarczenie jej małej butelki z piciem…Zerkam przy chwili na fejsa – mam meldunek od Doroty, jej partnerki z tegorocznego Rzeźnika: „Magda doprowadzona do 20 km, druga  („moja” – przyp. aut.) Magda kawałek za balonami na 3:45″ . Bardzo cenna dla mnie wskazówka…Czas upływa….

Magda B. nadbiega w kiepskim nastroju…w dodatku ma jeszcze wcześniejszą butelkę do połowy pełną, zamieniamy je więc i znika w przodzie…..Przebiegają „balony” na 3:45. Wzmożona czujność…”Już za chwilę powinna być..” – myślę z niepokojem…Znów uderzenie adrenaliny, podwyższony puls, aparat w dłoni w gotowości…Wreszcie widzę!! – najpierw „dryblasa” w żółtej koszulce, a obok niego Magdę 😀 . Przebiegam na drugą stronę i poruszając się tyłem robię kilka zdjęć…

20141012_115207

…potem zgrabnie chowam telefon do kieszonki i jestem gotów biec…Witam się z Darkiem. Pierwsze pytania o samopoczucie – jest świetne 🙂 . Coś tam Magda wspomina o „ścianie”, ale w kontekście aktualnego tempa, bo biegnie swobodnie i uśmiecha się tak samo pięknie, jak wtedy, gdy ją zostawiłem na 14tym 🙂 . Darek nie każe długo czekać moim obawom, po stu metrach już oświadcza: „zaraz przyspieszamy”…Tego się bałem…Odpowiadam: „za wcześnie, jeszcze dycha do końca”…On polemizuje, robi się ożywiona dyskusja prowadzona zdaniami prostymi 😉 . Magdę to bawi 🙂 , nie pozostajemy też pewnie niezauważeni przez innych biegaczy wokół nas 😉 . Zostajemy przy tym, że trzeba nadal  kontynuować 5:20, może ciuek szybciej, ale nie rzucać się jeszcze do ataku……Ślimak w Antoninku. Wesołe rozmowy. Staram się zagadywać Magdę – cieszę się strasznie jej widokiem 🙂 i tym, że ma w sobie tyle świeżości…Zaczyna się mega-prosta aż do Garbar…W tle, na horyzoncie, majaczy zarys biurowca Uniwersytetu Ekonomicznego…Przez głowę przelatuje myśl: „O Boże, trzeba tam dobiec, a potem jeszcze trochę dalej!!”….Uciekam wzrokiem – zdecydowanie bardziej wolę patrzeć na moją uroczą koleżankę 🙂 . Darek podaje picie…Po chwili ja je przejmuję, on polewa Magdę wodą…Miało być trochę, a leje na głowę z dużej butelki strumieniem – Magda w panice ucieka spod prysznica, chce ocalić makijaż 😉 …To jest forma! – martwić się o make up na 33im kilometrze!! 😉 . Niepokoi mnie tempo…coraz bardziej rośnie, teraz schodzi poniżej 5:00…Co chwila zwracam na to uwagę. Magda odpowiada: „ale jest z górki”…Droga tymczasem wydaje mi się…wręcz podbiegowa…Wczoraj popołudniem zresztą przejechałem autem ten odcinek, by poznać konfigurację….Zamyślam się…”A może ja ją niepotrzebnie strofuję? Może jest w tak dobrej dyspozycji, że jest w stanie już biec do końca 4:xx?…Może niech jednak Darek dyktuje tempo, może to już ten moment?…” . Cały czas biegniemy w okolicy „piątki”, chwilami nawet 4:50….Czuję to coraz bardziej…..W końcu moja życiówka na dychę to 50 minut z groszami….a mam już w nogach około 7iu kilometrów z 1go etapu i 5 z kolejnego….Mijamy Krańcową…Przed nami pojawia się Magda B., dochodzimy ją i …..mijamy…Zgodnie z jej wcześniejszą zapowiedzią zdecydowała się zwolnić, gdy poczuje niemoc i dalej już, do mety, biec dla radochy 😉 . Magda dostaje dodatkowego kopa….Mijamy co chwila kogoś, mocno prze do przodu…śladami siedmiomilowych kroków Darka, który teraz jest kilkanaście metrów w przodzie….

Tymczasem ze mną dzieje się coś niedobrego….Dobijamy do 36go kilometra…Jeszcze na widok stacji Orlenu rzucam w żarcie: „tankujemy?”….Nie jest mi jednak do śmiechu….Mam świadomość, że została zaledwie „piątka” z groszem…ale dla mnie zaczyna być to „aż piątka”… 🙁 …Czuję zmęczenie…Znów kontroluję zegarek…Tam znajduję odpowiedź…Tempo nie spada powyżej 5:00. Informacja ta ma dwie strony…Ta radosna i jest taka: Magda jest w cudownej formie! – ma power, nie ma śladu „ściany”, jakby złapała drugi oddech…Ma przed sobą dobrego „zająca”, który nie odpuści…będzie miała MAGICZNĄ życiówkę!!…Dużo lepszą o moich szacowanych 3h48’…Wiedziałem, że pobiegnie świetnie, ale to co teraz robi, jest GENIALNE!!!! Serce mało nie wyskoczy z piersi z dumy i radości!!!!…..Euforia jednak splata się z moim osobistym dramatem 🙁 ….Czekałem długi rok właśnie na te końcowe kilometry, na widok zbliżających się Targów i tego tunelu pod balonami w kierunku mety….Marzyłem o tym, by pokonać go z nią i być tam, gdy będzie mijać najcudowniejszy zegar świata i końcowe maty pomiarowe, za którymi będzie eksplozja radości i szczęścia……W tej jednej chwili, gdy to po raz „enty” widzę przed oczami wyobraźni, boli mnie cała dusza, bo wiem……że w tym tempie…dalej….NIE POBIEGNĘ 🙁 🙁 🙁 …..Niczego nie zmienia fakt, że dociskam gaz, że próbuję walczyć, że nie poddaję się…Prawda jest brutalna: przed nami jeszcze most na Warcie, potem trzeba zakręcić w Garbary, pobiec wzdłuż Cytadeli, zbiec Pułaskiego do wiaduktów, pokonać „deser”, czyli 300-metrowy podbieg Roosevelta, dobiec około kilometra do Targów, a potem do końcowej linii na ich terenie…..To zaledwie „kółko wokół Rusałki”…ale….moje paliwo się krytycznie wyczerpuje…Wciąż trzymam jeszcze tempo, ale podejmuję jedyną możliwą w tej sytuacji, przykrą dla mnie, ale najważniejszą i konieczną decyzję: TO BIEG MAGDY po JEJ ŻYCIOWY REKORD w maratonie…Nie mogę jej hamować sobą, z całego serca chciałem ją wesprzeć aż do mety, ale teraz…nie mam prawa jej zatrzymywać 🙁 🙁 ……Przyspieszam….dobiegam do Darka, przekazuję mu izotonik….zwalniam, a gdy nasza fighterka i bohaterka jest obok mnie z trudem wydobywam z siebie: „Magda….leć!!…Trzymaj się Darka, ale biegnij na tyle, na ile się czujesz…Biegnij po cudowną życiówkę!!!”……Mam łzy w oczach….Zdezorientowana pyta: „A TYYY??”……”Na mnie nie patrz….patrz na siebie…liczysz się tylko Ty!!”……..zwalniam, by nie miała zawahania… 🙁 ….Patrzę, jak pomału się oddala…jak frunie nad asfaltem….BIEGNIE CUDOWNIE!!! Mija kolejnych biegaczy……Jestem wzruszony………..I totalnie załamany….

Zawiodłem….:( …Nie dałem rady…Poddałem się….Tak bardzo chciałem z nią świętować tą najważniejszą chwilę roku!!…. 🙁 ….Tak długo czekałem…..Jestem sobą potwornie zawiedziony 🙁 …Każdy krok teraz oddala mnie od mety, nagle wszystko przestało mieć znaczenie, duszę wypełnia tylko duma z mojej cudownej i walecznej koleżanki i poczucie własnej klęski…..Na zegarku 5:20, oddech wraca do normy, ale świadomość osobistej porażki sprawia, że czuję jakbym ważył 130kg i własnie zaczął swoją przygodę z bieganiem… 🙁 🙁 . Mam wrażenie, że świat zwalił mi się na głowę……Przekraczam jeszcze most na Warcie…Ktoś z kibiców krzyczy: „Brawa dla maratończyków!!!”, a na mój widok dodaje: „…temu Panu nie klaszczemy, bo jest bez numerka!”….Ogarnia mnie wszechobecny smutek…..Dobiegam do zakrętu w Garbary…..Nie ma dla mnie sensu już biec dalej, mój „sens” odfrunął w pięknym stylu po swoją chwałę, ja jestem tu teraz jedynie….intruzem…. 🙁 ….Schodzę z trasy….To dla mnie koniec….

Przez chwilę nie wiem, co mam ze sobą zrobić…Jestem tak bardzo rozbity, że poruszam się jak we śnie…Łapię się na tym, że chcę przeciąć po linii prostej, marszem, ruchliwą krzyżówkę, której strzegą teraz policjanci…W ogóle mnie to nie wzrusza…ale „trzeźwieję” na czas, na tyle, by zawrócić w kierunku pasów……Przystanek tramwajowy…Czytam rozkład…znaczy patrzę i nic nie widzę….nie mogę się skoncentrować…:( . Wreszcie rozglądam się wokół, sporo ludzi, krzyżówka za mną ma chyba wstrzymany ruch szynowy, a to oznacza, że szybko nie odjadę do domu….Pozostaje więc piechotą………..

A może by tak…..?…Nieeee, przecież ciągnę za sobą nogami….to bez sensu….Chociaż…?…Jest cień szansy…..Gdyby tak teraz…pobiec?… Solną do Pułaskiego?….No ale sił brak przecież…Może „dogoniłbym” skrótem maraton?….Nie, nie zdążę, nie ma żadnej gwarancji, że będę tam przed Darkiem i Magdą 🙁 ….A nawet jeśli, to czeka tam jeszcze podbieg, umrę….Nie, nie umrę!…Nie poddam się!…Nie, skoro nagle zaświeciło światełko nadziei………”Być tam na mecie, zobaczyć to szczęście w oczach, raz jeszcze się wzruszyć – przecież to było Twoje marzenie, pamiętasz??” – mówię sam do siebie – „Ty się nie poddajesz!…Dasz z siebie wszystko…jeszcze ten jeden raz….jeszcze trochę…”…..

Nadzieja czyni cuda…Prawdą jest, że ona umiera ostatnia…Moja nie umarła…Jakby wygrzebała się spod sterty mrocznych myśli….Nie wiem skąd, ale nagle, nad dogorywającym ogniskiem, które chwilę temu zalałem zwątpieniem i niemal całkowicie ugasiłem….poruszyło się powietrze…a delikatny oddech wiary w to, że nie wszystko stracone wskrzesił mały czerwony punkt – żar, który się tlił jeszcze…Nagle zamienił się w płomyczek, który zaczął delikatnie ogrzewać moją duszę…..Przeszechodzę pustą jezdnią na drugą stronę ulicy coraz szybszym krokiem, który zamia się w człapanie, a to dalej w trucht…Bardzo ciężko, kulejąc, z silnym bólem stopy, który próbuje mnie jeszcze powstrzymać….jak Fenix z popiołów…wracam do gry 🙂 ….Już nie powiem przynajmniej, że nie zrobiłem wszystkiego, że złożyłem broń….Wielki grymas smutku na twarzy wypiera coraz bardziej delikatny uśmiech…”A może się uda?…A może się uda?…” powtarzam sobie w duchu…Jak as z rękawa, teraz muzyka wkracza do akcji, dając impuls, dodając wiary i determinacji – gra jak trąby do boju…Zerkam na zegarek…5:30…Super, tak trzymać……Solna jest długą ulicą, ale teraz umyka pod moimi butami….Krzyżówka z Niepodległości, łuk drogi i już widzę znów „wesoły peleton”…Ale czy tam jest Magda?? Czy może już wspina się podbiegiem??…Nie wiem…Nie muszę trzymać się reguł ulicznych, tu ruch jest teraz wstrzymany, niektórzy trąbią….Ja prę do przodu…pod wiadukt kolejowy, zakręcam…przecinam drogę maratończykom i wbiegam na równoległy do nich chodnik…”Nie zwalniaj!! Biegnij!!” – cały czas siebie motywuję….Rozglądam się, ale nie mam kompletnie pojęcia, na który fragment wyścigu trafiłem 🙁 …Postanawiam przebiec pod kolejnym wiaduktem, wspiąć się do Dąbrowskiego i jeśli tam zastanę, tak, jak się umawialiśmy, Jolę, będzie to znaczyło, że wygrałem 🙂 ….Jakiś chłopak po lewej zerka na mnie z grymasem bólu…Mówię mu: „Dajesz, dajesz, to już końcówka, 2 kilometry!!!”..On: „Ale ja już nie dam rady, nie mogę, biegnę ze skurczem!”…”Dasz radę!” – mówię – to naprawdę niedaleko, podbieg, prosta i do targów…Już jesteś wielki, ale musisz odebrać medal! Dla mnie już jesteś bohaterem!”…Nagle mój płomyk jakby przeskoczył do jego serca – uniósł głowę, grymas pobladł…powiedział serdecznie: „Dziękuję”…Już się nie wlecze, teraz znów biegnie…po swoje zwycięstwo 😀 ……Nad moją głową przesuwa się jak cień wiadukt kolejowy, zostaje z tyłu…zaczyna się opór w nogach – to Roosevelta, ostatni sprawdzian dla tych walecznych i umęczonych serc wojowników, którzy biegną wokół mnie…..Góra prawdy…Ja trzymam się z boku, nie chcę nikomu przeszkadzać…Wspinam się uparcie z nimi…W sercu narasta niepokój…Czy zastanę tam Jolę??? Czy szczęście się do mnie uśmiechnie, wynagrodzi nieustępliwość?…Wypłaszczenie…Duża krzyżówka z Dąbrowskiego…Oddech się rozkołysał, nie trzymam kierunku ze zmęczenia…szukam nerwowo wzrokiem……………JEEEEEST!….To kolejny piękny widok dzisiejszego dnia!…”Jolie” – jak ją z Magdą nazywamy – wspięta na palce, wypatruje widoku przyjaciół….Dobiegam do niej i szczęśliwy mocno przytulam…UDAŁO SIĘ!!!! …Natychmiast się dowiaduję, że balony na 3:45 już przebiegły, a więc ONA jest tuż tuż!!…..Odwracam się – nagle wracają siły, gdzieś znika zmęczenie, a w ciało wstępuje nowa energia 😀 ….Dosłownie po chwili widzę Darka z za nim wciąż „frunącą” Magdę 😀 😀 ….Nie umiera, nie słania się, BIEGNIE…I TO JAK!!!…

10

Jola wpada w euforię, krzyczy do niej…pokazuje jej rodziców i córkę, które też tu na nią czekały, a którym Jola zostawiła rower…..Bo Jolie dziś też supportowała – dzielnie przedarła się z dalekiego Piątkowa na 20ty kilometr, by dostarczyć żele i picie, a potem kolejne kilometry tu, by czekać i razem pobiec w kierunku mety ten finałowy odcinek 🙂 ….Magda się uśmiecha od ucha do ucha, jest szczęśliwa, że jesteśmy z nią w komplecie… 🙂 . Darek pokrzykuje, by jeszcze przyspieszyć….Zdając sobie sprawę z tego, że to już rezerwy sił, ja tylko szepczę jej do ucha: „Spokojnie, rozluźnij się, wydłuż krok, pobiegniesz szybciej”…a gdy widzę, że mnie słucha, że reaguje, dodaję „Własnie tak!! Świetnie!! To już ostatnie kilkaset metrów, będzie cudowna życiówka!!”…I na samą myśl czuję się wzruszony…choć to jeszcze nie koniec…Rondo Kaponiera….prosta, zakręt w prawo przy Sheratonie…Widzę już toalety ustawione przy wbiegu na Targi…Mówię do Magdy: „jeszcze 200 metrów!!” i patrzę na nią…nie ma na jej twarzy „umęczenia”, nie ma znaku wyczerpania…jest tylko grymas wysiłku i coś, co już czuję i jest piękne…już zaraża…POCZUCIE SZCZĘŚCIA 🙂 🙂 🙂

Tuż przed zakrętem i ostatnią prostą krzyczę do faceta przede mną „Z DROOOGI!”, jakbym chciał przygotować trasę do finiszu i rozwinąć czerwony dywan 😀 …..Zakręcamy….Już nie mam wątpliwości, czy przeciąć z Magdą linię mety, czy – jak w ubiegłym roku – tu własnie zejść…Tak, tym razem CHCĘ BYĆ TAM Z NIĄ!! Darek na przodzie też nie ma wątpliwości….Jolie, która jest za naszymi plecami również nie zamierza znikać w tłumie kibiców 🙂 . Krzyczę do Magdy z bliska….że jest wielka, cudowna, że za chwilę koniec i jej wielkie zwycięstwo!…W głębi pojawia się zegar……..

3:46:11….!!!!!!!!!!!!!!!!!! Boże, to jak ze snu….

To daje wszystkim finalnego kopa….Krzyczy Darek, krzyczę ja, krzyczy za plecami Jola…Magda przyspiesza…Nie wiem, jak szybko biegnie, ale z pewnością w tempie 3:xx na kilometr…Zostaję dwa kroki z tyłu…Już dopada mnie wzruszenie….To jest ta chwila wyczekana, wielkie zwycięstwo…..Jej……Ale i nasze: Darka, Joli i moje…… 😀 …..Widzę jak Magda mknie do mety, a Darek zwalnia….Podrywam się do sprintu, by dogonić naszą Księżniczkę, obaj wyciągamy do niej dłonie….Chwyta je i ….

….RAZEM PRZECINAMY LINIĘ METY!!!!……… 😀 ……

ZROBIŁA TO!!!….Jest moją i naszą bohaterką, Wielką Wojowniczką….Odkąd ją znam, powtarzam jej wciąż i wciąż, że ma wszystko, co potrzeba, by wygrywać: ma cudowne warunki fizyczne, ma lekkość, moc, ale przede wszystkim: ma serce przepełnione wolą walki, ma nieugięty charakter, jest pracowita i nie boli się bólu…ma DUSZĘ ZWYCIĘZCY 🙂 ….Dziś pokazała, że się nie myliłem 🙂 ……

Tuż za matami pomiarowymi czeka Szymon…Gratuluje….My łapiemy oddech i w marszu dochodzimy do siebie…Uśmiecham się do dziewczyny, która chce mi podać pelerynę ochronną 😉 – pokazuję jej: „tam jest bohaterka!!” 🙂 …..Teraz my idziemy ją uściskać 🙂 ….Wszystko we mnie się trzęsie ze wzruszenia….Jestem strasznie z niej dumny!!!!….Musi na chwilę usiąść, bo jej słabo…Mówi mi tylko…….”3h43′”……..Mam wrażenie, że nie dosłyszałem…za chwilę pytam…”ILE??” – bo widziałem zegar, tam było 3h46’…..Magda z pełnym szczęścia uśmiechem powtarza…”Trzy-czterdzieści-trzy…Netto…Wystartowałam trzy minuty później 😀 „….Teraz mi jest słabo 😀 ….To się nie mieści w głowie….TRZY GODZINY CZTERDZIEŚCI TRZY MINUTY!!! Jestem w euforii i szoku!….Gdyby nie fakt, że mówi to siedząc na asfalcie, gdyby nie asysta gapiów wyściskałbym, wycałowałbym ją i chyba podrzucił w górę 😀 ….TO SEN!….przerósł moje oczekiwania…. 🙂 ….

Gdy Magda odbiera medal, mam wreszcie okazję unikalną, by wydobyć z plecaka kwiaty, raz jeszcze jej pogratulować i ucałować…Cała promienieje 😀 …Powtarza teraz co chwila…”Ale było fajnie!…Ale było fajnie!” 🙂 ….Nie, nie było fajnie, było BAJECZNIE i CUDOWNIE…. 🙂 ….Dociera rodzina…Kolejne powinszowania, kolejny powód do dumy z osiągnięcia…..

Są takie chwile, gdy po wykonaniu ważnego zadania, gdy ziszcza się marzenie, okoliczności, rozum i serce podpowiadają, by…odsunąć się w cień…pomału zniknąć z pola widzenia…Pomimo głębi szczęścia, jakie odczuwam, mam wrażenie, że nadszedł taki czas…Ale wtedy właśnie Magda zachęca nas, byśmy poszli z nią sprawdzić odrębną klasyfikację w jej branży. Okazuje się, że zajęła…PIĄTE MIEJSCE!!!!….otarła się o podium i będzie uhonorowana 😀 😀 ….Duma i wzruszenie rosną! 😀 ……

Robimy z Jolą małe photo-session naszej Mistrzyni 🙂 ….

Z każdego promienieje….szczęściem… 🙂 . To właśnie dla niego chciałem tu być 🙂 .

Jola chce zrobić wspólne zdjęcie…Mnie dopada już proza życia, ale w głębi duszy rodzi się marzenie… o kolejnym supporcie, kolejnej okazji, by dzielić, jak dziś, sukces i radość na linii mety…dzielić wspólne chwile….

14

Wracamy przez główne wejście Targowe…Nie udaje mi się przekazać jeszcze jednego drobiazgu, jaki ze sobą mam dla Magdy, drobiazgu, który pięknie pasowałby do okoliczności…Postanawiam zrobić malutką celebrę w węższym gronie, gdy będzie lepsza sposobność….Teraz smakujemy sukces… 🙂 Gdy wychodzimy na zewnątrz, żegnamy się………pełni radości z chwil, które za nami….Ja mam dodatkową satysfakcję – że udało mi się, że nie odpuściłem, że mimo porażki na trasie, nie dałem za wygraną i byłem tu w kluczowym momencie chwały 🙂 …..Zostaję z Jolą, która po chwili wsiada na rower i odjeżdża – ma spory kawałek przed sobą….Ja schodzę do Dworca Zachodniego…Moja stopa tryumfuje – idę, mocno kulejąc…..Chcę podjechać do domu tramwajem, kilkukrotnie zdejmuję i ubieram plecak – schodzi ze mnie napięcie, a zmęczenie sprawia, że za kolejnym razem dopiero wyjmuję pieniądze, by wrzucić do biletomatu…Ale gdy już jestem gotów, zerkam na wyświetlacz i czytam….”Automat nieczynny…najbliższy:….” .”…na Marsie” – uzupełniam pod nosem z irytacją….Nie, nie będę kuśtykał i szukał czynnego….Wolę…pobiec do domu!..Ta myśl mi się podoba nawet, na przekór MPK i mojej kończynie, która teraz daje koncert….W końcu już dziś raz wydostałem się z ramion niemocy 😉 . Przechodzę na drugą stronę ulicy i ruszam…Najpierw nie mogę nawet stanąć na prawym śródstopiu – wyglądam więc jak szaleniec, który „urwał się” od ortopedy, albo jakbym dostał ranę postrzałową i zwiał z Izby Przyjęć 😉 …Muszę w dodatku biec slalomem, pomiędzy gęstniejącym tu tłumem przechodniów…Po kilkuset metrach obojętnieję na dolegliwość…”Nie każdy ból jest tak samo ważny” – przypominają się słowa Scotta Jurka…Dziś żaden ból nie jest ważny…. 😀

Od bólu są znacznie istotniejsze rzeczy…Dzisiejszy dzień był ich pełen…:) . Mam je w sobie i tam zachowam 🙂 …

Garmin wiernie towarzyszył…

Pierwszy odcinek:

Apteka + transfer na Miłostowo

Zasadniczy odcinek…

Bieg, by zdążyć na finał…

Powrót do domu…

Wrażenia….

Emocje…Dla nich się żyje, nimi się żyje, na nie się w życiu czeka i modli o nie, by to życie ich nie skąpiło…I choć często zdarza się, że przekornie stają życiu w poprzek, za uniesieniami przynoszą smutek i gorycz, mieszają łzy słodkie ze słonymi…dziś emocje smakowały jak delicje 🙂 . Opisałem je, próbowałem zamknąć w słowach, ale gwarantuję Wam…że mi się nie udało 😉 😉  ….Piszę z serca, raz jeszcze przeżywając każdy metr i każdą minutę z biegu…Znów mam łzy w oczach, bo te emocje we mnie wciąż grają swój koncert….Znów czuję ból zawodu, gdy musiałem zejść ze sceny, choć byłem tylko mało znaczącym statystą wśród wielkich aktorów i nieopisaną radość na ulicy Dąbrowskiego, gdy „Reżyser” dał mi jeszcze jedną szansę, by „wejść na scenę”…I wielką euforię mety, którą wyśniłem 🙂 ….

Z piekła do nieba 😀 ….Jak całe moje życie ostatnio…

Dziś dochodzi tęsknota i żal, że to już historia, że to już za mną…..

Znów marzę, znów czekam, znów liczę, że będzie mi dane za rok być tak samo blisko…

W ten najważniejszy dzień roku….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *