Wtorek 08.10.2014r.

 

Jezioro ułożone do snu…

Miałem fatalny dzień… Nie pamiętam kiedy ostatnio tak było…W mojej ucieczce od tego, co wokół, pomogła kontrola ZUS w firmie, która spacyfikowała moje miejsce pracy na wiele godzin…Okoliczności jakby same pakowały mnie i wyprawiały w podróż….A dzień znów piękny, słoneczny, zapraszający gdzieś w las…nad wodę…tam gdzie człowiek szuka wytchnienia…..No i stało się….Nie miałem nawet sił i ochoty, by ubierać buty biegowe….Po prostu…chciałem gdzieś zniknąć, przepaść….Tak też zrobiłem….

Wróciłem w formie podobnej do tej, jakbym pokonał właśnie maraton….Wyczerpany, oczywiście nie fizycznie….Popołudniem poddałem się, przyłożyłem głowę do poduchy, musiałem….Nie chciałem na długo „zalegać”, bo w głowie świtała  jednak myśl o bieganiu….Wieczorem czekała mnie kolejne spotkanie z igła, strzykawką i odczulaniem, a po nim mam zakaz wysiłku, musiałem się więc sprężać…Niestety…sen był mocniejszy, gdy stanąłem na równe nogi była 5ta po południu….Późno, strasznie późno…. 🙁

Do Wielkopolskiego Parku Narodowego, gdzie w lipcowy, upalny dzień przebiegliśmy Pogoń za Wilkiem, w której Magda po raz pierwszy otarła się  o wygraną w kobiecej rywalizacji, a Jola dzielnie walczyła ze swoimi słabościami, mam relatywnie tą samą odległość, jak do Strzeszynka…to tylko wybór z cyklu: wybieram korki uliczne w stronę północy, czy południa miasta 😉 ….Wybrałem te drugie….

Uwielbiam Park!…Nad Jeziorem Góreckim i w okolicznych lasach czuję się jak w magicznej krainie….Teraz, jesienią, będzie tam bajecznie….Szkoda tylko, że brakuje mi około pół godziny, by spokojnie nacieszyć oczy widokami, a nogi biegiem….

Przeciskam się przez Komorniki….Ufundowałbym Nagrodę Idioty temu, kto wymyśli po jednym pasie ruchu na „wylotówce” w stronę Wrocławia, a nadmiar (!!) asfaltu zabarwił na czerwono, wyłączając z ruchu…Zator tu to kwestia kilkunastu aut w jednej chwili….Porażka….

Wreszcie „grajzerówka”, czyli stara, niemiecka droga „po płytach”, ułożona rękoma więźniów, która wprowadza w głąb Parku aż do parkingu nieopodal dawnej siedziby Namiestnika Kraju Warty, Artura Grajzera…Jadę nią wartko, co jakiś czas zjeżdżając na szutrowe pobocze i ustępując autom z naprzeciwka….Wreszcie jestem na miejscu…17:40…Mam jakieś 40 minut dla siebie….Dramatycznie mało….Opaska na głowę, czołówka – bo pewnie przyda mi się światło, gdy będę wracał…słuchawki w uszy, muzyka….Ruszam….

Wkraczam w krainę jak ze snu….Docieram do pełnego korzeni zbiegu w kierunku jeziora…W lipcu był to ostatni odcinek leśnej dychy, tyle, że…w przeciwnym kierunku….meta była na szczycie….Wkraczam na urokliwy pofalowany szlak nadbrzeżny, zawieszony około 10ciu metrów nad taflą jeziora….Natychmiast delikatna celtycka muzyka synchronizuje się z otoczeniem….a dusza ulatuje…Staram się biec spokojnie, choć wiem, że czasu mało…To ma być moja ucieczka do świata ze snu…w magię pięknego lasu i przecudnych dźwięków….Czuję, jakbym zlewał się z otoczeniem – czar muzyki, kolory jesieni, serce w tęczy emocji….Boże, tak bardzo chciałbym móc to dzielić….nie zatrzymywać jedynie dla siebie… 🙁

Staram się uciec od przygnębienia, jakie dziś we mnie dominuje….od smutku, który rzucił cień na cały dzień….Dobiegam do niewielkiej plaży, zapamiętuję widok jeziora, które pomału szykuje się do snu…Tu mój szlak odbija od jeziora, do węzła, gdzie krzyżują się piesze wędrówki po Parku….Znam trasę, nie muszę się martwić, że przy dogasającym dniu gdzieś się zagubię…Zaczynam podbieg szeroką, leśną drogą…Z przeciwka mknie rowerzysta z czołówką…Mijając mnie, podnosi z kierownicy rękę, pozdrawia…Miłe to bardzo, to póki co jedyny człowiek, jakiego mam okazję tu widzieć, nie licząc rodziny, którą minąłem na samym początku…..Biegnę niesiony muzyką i emocjami….Dziś mi strasznie źle na duchu….Koi mnie widok lasu – uwielbiam te zakątki parkowe, które mijam, nie mogę się doczekać jednak tej wąskiej ścieżki zawieszonej nad samym brzegiem jeziora…mojego ulubionego odcinka 🙂 ….Szukam wzrokiem odbicia drogi w stronę jeziora….nie widzę, decyduję więc, że pobiegnę jeszcze dalej prosto…Wreszcie jest – kojarzę tą krzyżówkę z Pogoni Za Wilkiem, skręcam w prawo…kawałek w górę, potem ślimakiem w dół i znów w górę….Park to ma do siebie, że kształtowała go morena i jest cudownie pagórkowaty 🙂 ….Zapędzam się troszkę za bardzo do przodu, muszę się cofnąć, a gdy jestem już na właściwym kierunku, po kilkudziesięciu metrach chwytam się ledwie widocznej ścieżynki, która wydaje się wyprowadzać w stronę wody….I tak własnie jest – po chwili jestem na trasie wiodącej zalesionym, a właściwie zakrzaczonym brzegiem…Mam mnóstwo przeszkód pod nogami, łącznie z powalonymi drzewami…Musze uważać…Mimo trudności jest PRZECUDNIE, nastrojowo, magicznie, celtycko…Muzyka idealnie wpasowuje się w klimat miejsca….Kluczę jak w czarodziejskiej, baśniowej krainie….Potykam się i to jest ostrzeżenie, bym zachował ostrożność…Próżno – gdy zbliżam się do drewnianej platformy – punktu widokowego na jezioro, zaliczam spotkanie z Matką Ziemią 😉 . Mógłbym ekwilibrystycznie uniknąć pozycji poziomej, ale uznaję, że czasem grawitacji trzeba się poddać, że to bezpieczniejszy wariant 😉 …Szybko się zbieram i za kilkanaście sekund jestem na pomoście…Nie mam za dużo czasu, ledwie na kilka fotek i zaraz ruszam dalej. To jest miejsce, w którym zaczyna się moja ulubiona droga..Najpierw stromych kilka „esów” i dalej już malowniczą ścieżynką z widokiem na pałac po drugiej stronie i jeziora…Tu nogi same niosą 🙂 …Uważam, by po raz drugi nie sprawdzać siły ciężkości, bo tu, przy stromym zboczu, mogłoby to być bardzo spektakularne 😉 …Wąska półeczka, którą pokonuje raz unosi się w górę, by za chwilę opaść…Zerkam na jezioro…Zasypia otulane pomału mrokiem….Waham się, czy odpalić już czołówkę, ale zostawiam sobie jeszcze troszkę czasu w resztkach dziennego światła…

Wiem, co mnie czeka na koniec, docieram do tego miejsca dość szybko…Szlak skręca o 90 stopni w prawo bardzo stromym, pełnym korzeni podbiegiem…Staram się go pokonać w biegu i udaje mi się 🙂 …Już przy włączonym światełku…Uspokajam oddech wracając na szeroką leśną drogę, którą biegłem w przeciwnym kierunku…Teraz mam komfort, bo trasa opada w dół…Po kilkuset metrach jestem znów przy informacyjnych „klapkach” i głazie narzutowym…Wracam nad senne jezioro…Czuję w nogach presję czasu – jakby machinalnie, podświadomie przyspieszałem i teraz, gdy droga znów faluje jak sinusoida, czuję to…Szacuję, że całość treningu powinna zamknąć się w 8iu i pół kilometrze i około 40-45 minutach biegu…Zmęczenie odczuwam, gdy przychodzi mi się piąć w górę finałowym podbiegiem Pogoni za Wilkiem…Płuca głęboko pracują…Widzę przed sobą jedynie krąg światła, brąz ziemi i zarys przeszkód wystających co krok spod liści….I Magdę…gdy w lipcowe południe czekamy tu na Jolę……..

Gdy szlak robi się płaski, ciężko oddycham, ale trzymam tempo…Na betonowych płytach przy murze pałacowego parku mam ochotę przyspieszyć, ale bardzo walczę z głową, która odmawia….To może 200 metrów, ale ciężko mi wykrzesać jakieś iskry…Przebiegam przez drogowy asfalt i przy aucie stopuję Garmina….Ogromna szkoda, że dzień już zgasł, a ja gnałem tu z dominującą myślą, by jak najszybciej ruszyć z powrotem do miasta…Teraz nawet się nie rozciągam, jest 18:45, kwadrans – niewykonalny – by znaleźć się u lekarza…Na szczęście pacjentów przyjmują tam do 19:30, mam więc mały margines…Startuję z impetem i mknę podwajając czujność….w końcu to pora migracji zwierzyny, a ja jestem…na jej terenie…

Garmin zanotował…

Wrażenia…

To była celtycka, krótka przygoda parkowa…Las tam nieodłącznie kojarzy mi się z klimatem filmu o Robin Hoodzie, który zdominował mój baśniowy świat dzieciństwa, a przede wszystkim muzyką, która go malowała….Dziś dźwięki na uszach były niemal bliźniacze…dla tej symbiozy właśnie uparcie się tu znalazłem….Jezioru, w dogasającym blasku dnia, mówiłem „dobranoc” bardzo nastrojowym utworem Sleepsong…Zapętlonym…Wypełniającym wszystkie zakątki duszy….Jest w nim magia, jest miłość, jest pożegnanie….Rozrywa serce, ale pięknie też je tuli……..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *